31.08.2021

NASZA ANALIZA. Dlaczego politycy polskiej opozycji grają w orkiestrze Aleksandra Łukaszenki

Opinie
<strong>NASZA ANALIZA.</strong> Dlaczego politycy polskiej opozycji grają w orkiestrze Aleksandra ŁukaszenkiScreen: Twitter/Jakub Wojtanowski

Posłowie Koalicji Obywatelskiej i Lewicy od trzech tygodni kontestują kształt polsko-białoruskiej granicy. Posługując się budzącymi emocje kłamstwami przekonują, że Polska powinna pomóc uchodźcom sprowadzonym na granicę przez służby Aleksandra Łukaszenki, który nie ukrywa i publicznie mówi o tym, że chce używać uchodźców, żeby ukarać Unię Europejską za nakładane na Mińsk sankcje ekonomiczne. Narracja posłów totalnej opozycji w Polsce jest mu wyjątkowo na rękę.

Ostatnie tygodnie na polsko-białoruskiej granicy niektórym obserwatorom sceny politycznej przypominają kabaret. Inni widzą w nich kopię wydarzeń z 1939 roku, kiedy na granicach Rzeczpospolitej odbywały się podobne happeningi – wówczas napadano na załogi placówek granicznych a napady te – jak pokazały kolejne miesiące – służyły wyłącznie do tego, żeby ocenić możliwości obronne wojsk ochrony pogranicza. Również wtedy wśród polityków znajdowali się zwolennicy łagodnego traktowania intruzów na granicach. Nie tylko – byli również tacy, którzy domagali się ustępstw wobec III Rzeczy i oddania Niemcom korytarza łączącego kanclerskie Niemcy z Prusami Wschodnimi. Jak wyglądały wydarzenia na granicach w 1939 roku?

Samodzielny Referat Informacyjny w Toruniu tak wówczas opisywał zdarzenia na granicy: „miejscowa ludność niemiecka i banda dywersyjna, która przekroczyła granicę do Polski, napadła na załogę placówki Zelgniew". Fonogram nr 9 z godz. 2.00 SRI: „banda dywersyjna w sile 80 ludzi napadła na placówkę Jeziorki-Stacja Kaczory”. Dywersanci pojawiali się na wielu punktach granicznych – zawsze prowokując lokalną awanturę, w którą angażowali się... politycy.

Dzisiaj do scysji dochodzi na granicach z Białorusią – krajem, który jest nastawiony do Polski wrogo nie tylko od czasu, kiedy Unia Europejska nałożyła na reżim Aleksandra Łukaszenki sankcje polityczne i gospodarcze po tym, jak białoruskie myśliwce porwały samolot pasażerski i zmusiły do lądowania w Mińsku. Silną niechęć białoruskich władz do Polaków było widać przynajmniej od początku tego stulecia, kiedy na cenzurowanym znaleźli się działacze Związku Polaków na Białorusi oraz niektórzy dziennikarze polskojęzycznych mediów w Mińsku.

O co chodzi z tą granicą?

Kiedy trzy tygodnie temu na granicy nieopodal Usnarza Górnego pojawili się przywiezieni i opłaceni przez białoruskie służby imigranci z Bliskiego Wschodu, tzw. totalna opozycja natychmiast przyjęła retorykę konieczności pomocy uchodźcom z Afganistanu. Z czasem okazało się, że przyjezdni i koczujący na Białorusi, pod polską granicą, nie są Afgańczykami a Irańczykami i Irakijczykami, zaś, co uchwyciły kamery, ich skład zmieniał się. Raz było ich 34, innym razem o dziesięciu mniej, po kilku dniach pojawili się kolejni – inni, niż na początku. Tylko kilka osób niezmiennie mieszkało pod rozbitymi pod polską granicą namiotami.

Na miejsce natychmiast zaczęli zjeżdżać posłowie totalnej opozycji – pierwsza była Klaudia Jachira, która przywiozła koczującym dary. Jakie? Śpiwór i pizza miały zagwarantować mieszkającym w namiotach większy komfort.

Straż Graniczna nie zgodziła się na ich przekazanie. Czemu? Jachira musiałaby bowiem przekroczyć granicę z Białorusią w niedozwolonym miejscu. Być może zostałaby zatrzymana przez białoruskich pograniczników, a z pewnością władze w Mińsku oskarżyłyby Polskę o naruszenie granicy. Jachira, która najwyraźniej przez kilka lat pracy nad kształtowaniem polskiego prawa nie zdążyła nigdzie przeczytać, jaka jest rola Straży Granicznej oraz jej obowiązki i uprawnienia, obraziła się na funkcjonariuszy Nie chcieli bowiem honorować jej legitymacji poselskiej oraz immunitetu i nie przepuścili przez granicę. Polskim władzom zarzuciła… torturowanie migrantów. Nie wyjaśniła, w jaki sposób władze miałyby to robić, skoro migranci znajdowali się (i dalej się znajdują) po białoruskiej stronie pod jurysdykcją służb Aleksandra Łukaszenki. Nie potrafiła również odpowiedzieć, dlaczego upierała się, żeby migrantów wpuścić do Polski akurat w tym miejscu - choć gdyby znaleźli się na przejściu granicznym mogliby tam wypełnić wnioski o azyl i część z nich być może taki azyl od Polski otrzymałaby.

Obecność przemarzniętych i mieszkających w namiotach przyjezdnych z Bliskiego Wschodu stała się szybko wygodnym argumentem na rzecz „nieludzkiego traktowania migrantów” przez kolejnych posłów totalnej opozycji, którzy rozpoczęli rotacyjne próby złamania kordonu Straży Granicznej – pilnującej (co wprost wynika z ustawy o Straży Granicznej i Konstytucji RP) granic i bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

Bieg do Łukaszenki

Wzywamy rządzących do wypowiedzenia się w tej sprawie. Jest wręcz niewiarygodne, żeby w taki nieludzki sposób gdzieś pod polską granicą czekały kobiety i dzieci, a ze strony rządu nikt nie zabierał w tej sprawie stanowiska” – pokrzykiwał kilka dni po opublikowaniu oficjalnego stanowiska rządu RP w tej sprawie poseł Dariusz Joński, który pojawił się na miejscu ze swoim sejmowym kolegą Michałem Szczerbą.

Wkrótce wypowiedział się inny polityk opozycji. Tym razem był to Władysław Frasyniuk, który powiedział w TVN24: „ Tak nie postępują żołnierze. Śmieci po prostu. To nie są ludzkie zachowania - trzeba to mówić wprost. To antypolskie zachowanie. Ci żołnierze nie służą państwu polskiemu, przeciwnie - plują na te wszystkie wartości, o które walczyli pewnie ich rodzice, albo dziadkowie”.

Słowa Frasyniuka nie spodobały się ani opinii publicznej, ani nawet niektórym jego opozycyjnym kolegom. Dzisiaj, po złożeniu przez Ministra Obrony Narodowej Mariusza Błaszczaka i wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego zawiadomień do prokuratury w sprawie znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego będzie musiał się z nich tłumaczyć przed prokuratorami i przed sądem.

Kiedy na Frasyniuka posypały się gromy za nieprzemyślane słowa na granicy, w Ustarzu Górnym pojawił się kolejny polityk „totalsów”. Tym razem poseł Franicszek Sterczewski próbował sprintem przedrzeć się przez pilnujących granice pograniczników wprost do namiotów imigrantów, o których - nawiasem mówiąc - już było wiadomo, że nie uciekają przed Talibami, ale przylecieli na Białoruś wyczarterowanymi samolotami białoruskich linii lotniczych. W swoim sławnym już biegu Sterczewski kluczył jak zając, robiąc gwałtowne zwody i zwroty. Jednak Straż Graniczna złapała go, a funkcjonariusze po raz kolejny tłumaczyli, że wdzierając się na Białoruś w taki sposób, złamałby prawo i byłby narażony na aresztowanie. To mogłoby wywołać skandal dyplomatyczny oraz polityczny z - i tak prowadzącą wojnę hybrydową przeciwko Polsce, Litwie i Łotwie - Białorusią. Zresztą wszystkie trzy kraje postanowiły zabezpieczyć swoje granice ogrodzeniem z tzw. koncentriny, czyli specjalnego drutu kolczastego – takiego, jaki stosowany jest w polskich i europejskich zakładach karnych, co uniemożliwia przestępcom – zwłaszcza groźnym – ucieczkę.

Drut nie spodobał się jednak innemu posłowi – tym razem Lewicy – Jackowi Czerniakowi, który złożył do premiera interpelację domagającą się… zmiany drutu. Ten, zastosowany na zielonej granicy z Białorusią, ma być, zdaniem posła, niebezpieczny dla migrantów. "Złożyłem interpelację poselską do Premiera w sprawie używania drutu żyletkowego na granicy z Białorusią, który to jest niemal zabójczy dla tych, którzy na niego natrafią, w odróżnieniu od drutu kolczastego, który też zrani, ale nie potnie do kości" – napisał poseł na swoim profilu na Twitterze.

Antypolskie akcje

Ostatnim aktem granicznego dramatu była próba zniszczenia budowanego właśnie przez polskie służby ogrodzenia. Kilkunastoosobową grupę próbującą niszczyć zasieki na granicy zatrzymała podlaska policja. Wśród nich znalazł się aspirujący do bycia politykiem Bartosz Kramek z Fundacji Otwarty Dialog powiązanej z rosyjskimi służbami i firmami. Sam Kramek ma kłopoty z prawem. Lubelska Prokuratura Regionalna twierdzi, że jako prezes spółki Silk Road „od sierpnia 2012 r. do lutego 2016 r. wystawił 59 faktur VAT z tytułu nieokreślonych usług konsultacyjnych na rzecz 11 zagranicznych kontrahentów na łączną kwotę ponad 5,3 mln zł". Fikcyjne towary i usługi sprzedawane i świadczone przez podmioty z rajów podatkowych pozwalały na wyłudzanie VAT-u. Część z zysków trafiała do Rosji.

Dlaczego Kramkowi tak bardzo zależało na zniszczeniu ogrodzenia granicznego i podsycania kryzysu na granicy z Białorusią? To nie pierwszy raz, kiedy Bartosz Kramek próbuje swoich sił w próbie zdestabilizowania porządku prawnego i bezpieczeństwa Polski. W 2017 roku chciał zorganizować akcję „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”.

Przez kilka lat po nieudanej akcji Kramek przebywał w cieniu i starał się nie pokazywać opinii publicznej – przebudził się dopiero w czasie kryzysu granicznego.

Paweł Pietkun

Artykuły powiązane

przeglądaj

inne artykuły tej kategorii

Nasi dziennikarze przez 24 godziny na dobę monitorują wydarzenia i informują o wszystkim, co istotne w polskim prawie oraz pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości

wróć na początek strony
TWEETUJ Z NAMItwitter
facebookODWIEDŹ PROFIL