26.08.2021

NASZA ANALIZA. Polska i Unia Europejska tym razem mówią jednym głosem ws. nielegalnej migracji

Raporty
<strong>NASZA ANALIZA. </strong>Polska i Unia Europejska tym razem m&oacute;wią jednym głosem ws. nielegalnej migracjiFot. Straż Graniczna

Trudno powiedzieć, czy przebywający w Usnarzu Górnym na polsko-białoruskiej granicy migranci z Bliskiego Wschodu są wygodniejszym instrumentem dla białoruskiego reżimu, czy polityków totalnej opozycji w Polsce. Aleksandr Łukaszenka wykorzystuje ich do trzymania w szachu Unii Europejskiej, której – po nałożonych na Białoruś sankcjach – obiecał zemstę (tak, Łukaszenka myśli i mówi w takich kategoriach). Politycy opozycji w Polsce wykorzystują ich do wytknięcia sejmowej większości oraz rządowi absurdalnego zarzutu rzekomego braku człowieczeństwa.

To stąd obelgi rzucane przez nich w stronę funkcjonariuszy Straży Granicznej i przepychanki posłów Lewicy i Koalicji Obywatelskiej z żołnierzami, których ustawowym obowiązkiem jest pilnowanie granic Rzeczpospolitej – pilnowanie w taki sposób, aby na terytorium Polski nie można było dostać się inaczej, niż przez przejście graniczne.

Haniebna gra opozycji

Wszystkie propozycje posłów, które padały na granicy polsko-białoruskiej („Najpierw ich wpuśćmy, później sprawdzimy kto to jest”) – oraz, wstyd o tym pisać, rączy bieg posła Franciszka Sterczewskiego z siatką z jedzeniem pomiędzy funkcjonariuszami Straży Granicznej, kiedy próbował nielegalnie przekroczyć granice Polski – ocierają się o zdradę stanu. Posłanki Urszula Zielińska i Klaudia Jachira wymachujące immunitetem poselskim również nie rozumiały, czemu polskie służby nie chcą pozwolić na nielegalne przekroczenie granicy z Białorusią – krajem nastawionym do Polski co najmniej wrogo.

Dyskusje parlamentarzystów próbujących zbić polityczny kapitał przy pomocy uwięzionych na granicy po stronie białoruskiej migrantów z Bliskiego Wschodu – najpierw mieli to być Afgańczycy, później okazało się, że potrzebują tłumacza języka perskiego, a więc byli z Iranu – dość kategorycznie ucięła Komisja Europejska. Jej rzecznik Christian Wigand powiedział, że „KE ściśle współpracuje z władzami Polski”. „Nie możemy zaakceptować jakichkolwiek prób podżegania lub przyzwalania na nielegalną migrację do Unii Europejskiej przez państwa trzecie” – wyjaśniał rzecznik KE dziennikarzom, jednoznacznie opowiadając się w sprawach kryzysu na granicy po stronie polskiego rządu. „Przede wszystkim jeszcze raz powtórzę, że stanowczo odrzucamy próby instrumentalizacji ludzi do celów politycznych”.

Stary problem

To bolesny cios dla polityków opozycji, bo jeszcze sześć lat temu Komisja przyklaskiwała ich protestom i pomysłom w sprawie nieograniczonego przyjmowania imigrantów z Bliskiego Wschodu do Polski. Mieli to być migranci, którzy nielegalnie dostawali się do Europy szlakami przez Morze Śródziemne, Grecję, Włochy i Hiszpanię oraz tzw. szlakiem bałkańskim przez Turcję, Węgry i Bułgarię. Wszyscy ciągnęli do Europy zaproszeni jednoosobowo, bo bez konsultacji z pozostałymi członkami Unii Europejskiej, przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel.

Ostatni rząd koalicji PO-PSL pod przewodnictwem Ewy Kopacz, zdążył zadeklarować jeszcze, że jest w stanie przyjąć dowolną ilość uchodźców, z których część z czasem okazała się terrorystami, zaś część odsiaduje obecnie wyroki m.in. za gwałty w niemieckich, francuskich i brytyjskich więzieniach.

Nasza dyplomacja pracuje pełną parą i w Unii Europejskiej trwają negocjacje dotyczące tych właśnie warunków, o których mówimy, że są dla nas szczególnie ważne” – mówił w 2015 roku Cezary Tomczyk, rzecznik rządu, dodając, że Polska jest gotowa przyjąć 12 do 15 tysięcy uchodźców relokowanych z Niemiec.

Wybory parlamentarne rozwiały wątpliwości Europy – Polacy nie chcieli tzw. uchodźców, a rząd przejęła Zjednoczona Prawica, która kategorycznie odmówiła Unii Europejskiej przyjęcia bliskowschodnich i północnoafrykańskich przyjezdnych. Z czasem okazało się, że Polska miała rację.

Nasza odmowna odpowiedź na niemieckie wezwanie przyjęcia uchodźców w nieograniczonej ilości i w niekontrolowany sposób skończyła się wielogodzinną dyskusją potępiającą Polaków w Parlamencie Europejskim, podczas której zarzucano nam brak solidarności, złamanie zasad obowiązujących w Unii Europejskiej, grożono wysokimi finansowymi karami. Jednak kilka zamachów przeprowadzonych w otwartych na przybyszów z zewnątrz europejskich stolicach czy powtarzające się gwałty na niemieckich i skandynawskich dziewczętach, szybko pokazały, że to właśnie polskie podejście sprawdziło się w zmieniającym się świecie.

Kraje Europy Zachodniej, po dwa lata trwającej przychylności dla mieszkańców terenów opanowanych przez Państwo Islamskie i Al-Kaidę, uszczelniły granice i zaczęły uchodźców... deportować. Przede wszystkim tych, którzy nie chcieli pracować, ale dawali się łapać na przykład na spędzaniu wakacji w krajach, z których wyemigrowali z powodów łamania wobec nich praw człowieka.

Prace nad masową deportacją

Dzisiaj polityka europejska w sprawie przyjmowania uchodźców radykalnie się zmienia. Politycy niemieccy przyznają wprost, że ruch kanclerz Merkel sprzed sześciu lat miał załatwić Niemcom problemy starzejącego się rynku pracy i niekorzystnej sytuacji demograficznej. Okazało się jednak, że bliskowschodnim imigrantom bardziej niż na pracy zależało na zasiłkach, a przyszłość zachodnich gospodarek widzieli wyłącznie przez pryzmat uczynienia z nich krajów islamskich.

W Parlamencie Europejskim trwają prace nad europejskim dokumentem podróży wydawanym nielegalnym imigrantom ekonomicznym w celu wydalenia ich z Unii Europejskiej. Zdaniem autorów projektu jednym z powodów dotychczasowej nieskuteczności w odsyłaniu migrantów jest brak jednolitego formatu dokumentu podróży i jego niska jakość, co sprawia, że łatwo jest go sfałszować. W rezultacie wiele państw nie uznaje dokumentów powrotowych wydawanych przez państwa członkowskie Unii. Sprawniejsze egzekwowanie nakazów opuszczenia Unii dla imigrantów ekonomicznych – czytamy w projekcie – ma umożliwić skuteczniejszą pomoc tym przybyszom, którzy do Europy uciekają przed wojną lub represjami politycznymi.

Kryzys białoruski już dzisiaj przez wielu nazywany jest wojną hybrydową, którą Aleksandr Łukaszenka, za zgodą Kremla, prowadzi przeciwko krajom bałtyckim, przede wszystkim Litwie i Łotwie oraz przeciwko Polsce. Politycy Lewicy i Koalicji Obywatelskiej są zaś po prostu wykorzystywani przez reżim Łukaszenki i pośrednio przez Władimira Putina do destabilizacji sytuacji wewnętrznej w tych krajach.

Polska Straż Graniczna i żołnierze z orzełkiem na czapkach pokazali w ostatnich tygodniach, że doskonale sprawdzają się, jako strażnicy polskich granic – są sprawni, nieustępliwi, a przede wszystkim odporni również na presję działających na niekorzyść polskiej racji stanu niektórych polityków z ul. Wiejskiej w Warszawie.

Paweł Pietkun

 

Artykuły powiązane

przeglądaj

inne artykuły tej kategorii

Nasi dziennikarze przez 24 godziny na dobę monitorują wydarzenia i informują o wszystkim, co istotne w polskim prawie oraz pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości

wróć na początek strony
TWEETUJ Z NAMItwitter
facebookODWIEDŹ PROFIL