06.06.2021

NASZ RAPORT. Na to czekało wielu pacjentów. Po pandemicznej przerwie rośnie liczba przeszczepów serca

Raporty
<strong>NASZ RAPORT.</strong> Na to czekało wielu pacjent&oacute;w. Po pandemicznej przerwie rośnie liczba przeszczep&oacute;w sercaFot. Pixabay.com

Przeszczepy serc to niezwykle skomplikowane zabiegi kardiochirurgiczne, które w wielu przypadkach są jedyną szansą na uratowanie życia pacjenta. Oczywiście tak radykalna forma leczenia operacyjnego jest stosowana w uzasadnionych przypadkach, ale w określonych schorzeniach serca klasyczna kardiologia często okazuje się bezsilna. Kiedyś w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II wykonywano co roku ponad 100 przeszczepów serca. Ostatnio - zaledwie 10 w skali roku. Teraz ratowanie życia pacjentów, którzy potrzebują nowego serca, stało się oczkiem w głowie Grzegorza Fitasa, dyrektora Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II. Do końca kwietnia 2021 w placówce z sukcesem przeszczepiono 9 serc.

Ostatnie miesiące to okres próby dla służby zdrowia, która musiała zareagować na pandemię i zaopiekować się tysiącami dodatkowych pacjentów. W wielu placówkach stworzono specjalne covidowe oddziały. Życie szpitali stanęło na głowie. Mimo tych utrudnień, Krakowski Szpital Specjalistyczny im. Jana Pawła II nie tylko zdołał zapewnić opiekę tym, którzy wymagali hospitalizacji w efekcie zarażenia wirusem COVID-19, ale wdrożył w życie zmiany, które pozwoliły na znaczne zwiększenie liczby wykonywanych tu przeszczepów serca. „Od początku roku w szpitalu przeszczepiono 8 serc, a to bardzo duże przedsięwzięcie i ogromne wyzwanie, zarówno dla samej placówki, jak i jej kadry” - mówi Łukasz Smółka, wicemarszałek Województwa Małopolskiego i dodaje, że szpital aktywnie włączył się do walki z pandemią zarówno poprzez stworzenie łóżek tzw. intensywnej terapii, jak i przygotowanie poradni specjalistycznych na rehabilitacje pocovidową ozdrowieńców. W maju Zarząd Województwa Małopolskiego przekazał ponad 200 mln zł na dodatkowe wsparcie finansowe małopolskich szpitali. Pieniądze mają nie tylko pomóc zmierzyć się ze skutkami pandemii, ale też poprawić dostępność pomocy medycznej.

Więcej przeszczepów

Część tej kwoty trafi do Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II. Od ponad roku placówką zarządza Grzegorz Fitas. Na to, by w czasach pandemii dyrektor mógł zająć się usprawnieniem bieżącego działania szpitala, pozwoliły zmiany w podziale obowiązków. Nadzorem nad ustalaniem wszystkich niezbędnych zasad funkcjonowania szpitala w pandemii i towarzyszącą temu logistyką zajęła się Dorota Sobczyk, dyrektor ds. lecznictwa.

Jednym z priorytetów dyrektora Fitasa stało się ponowne postawienie szpitala na podium placówek, w których dokonywane są przeszczepy serca. „Gdy objąłem stanowisko dyrektora szpitala, moją uwagę zwrócił brak kolejki do przeszczepów. Brak kolejki nie oznaczał, że nie było zapotrzebowania na tego typu zabiegi” - mówi dyrektor Fitas. „Aby naprawić sytuację, musieliśmy odnowić kontakty z niektórymi lekarzami, ponieważ niepielęgnowane przyjaźnie umierają. Liczę, że od teraz szpital będzie przeprowadzał znacznie więcej przeszczepów” - wyraża nadzieję dyrektor szpitala i dodaje, że pozytywnie nastrajają go też rozmowy z profesorami, którzy są zmotywowani, zaangażowani i zafascynowani wybraną przez siebie dziedziną medycyny. Dzięki współpracy z kardiologami z innych placówek pracownicy szpitala zbudowali listę osób potrzebujących przeszczepów serca i usprawnili kwalifikację pacjentów, którzy de facto nadają się do przeszczepienia.

Udało się nam zmobilizować inne ośrodki kardiologiczne, które sprzyjają nam w pozyskiwaniu pacjentów. Mamy nadzieję, że do końca grudnia uda się nam przeszczepić ponad 20 serc” - mówi prof. Bogusław Kapelak ordynator Oddziału Klinicznego Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii. Będzie to rekordowa liczba, bo w ostatnich latach liczba przeszczepów wykonywanych w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II drastycznie spadła. „Kiedyś wykonywaliśmy rocznie ponad 70 przeszczepień serca, w rekordowym roku - ponad 100. To czasy, kiedy w Polsce i na całym świecie było znacznie więcej dawców niż obecnie” - wyjaśnia prof. Kapelak.

Jedyna szansa dla pacjentów

Pacjentów z problemami kardiologicznymi jest sporo, ale sytuacja zmieniła się dzięki rozwojowi farmakoterapii. Współczesne leki pozwalają latami leczyć pacjentów zachowawczo i to leki wyznaczają granicę, którą dobry kardiolog potrafi dostrzec, a po przekroczeniu której chory powinien trafić na stół operacyjny” - tłumaczy dyrektor Fitas. „Mówi się, że przeszczep to pewna porażka medycyny. Trudno się z tym nie zgodzić” - dodaje prof. Kapelak.

Nowe serce to często jedyna szansa dla pacjentów z kardiomiopatią, co w medycznym żargonie oznacza uszkodzenie mięśnia sercowego. Może być ono wrodzone lub nabyte w wyniku przebiegu choroby niedokrwiennej mięśnia sercowego. „Zazwyczaj są to pacjenci po wielokrotnych zawałach, rzadziej z wadami zastawkowymi, stanami zapalnymi i uszkodzeniami popołogowymi. Mamy pacjentów kilkumiesięcznych, dzieci i młodzież po osoby dorosłe i w wieku senioralnym” - wymienia prof. Kapelak.

W przypadku najstarszych pacjentów, powyżej 70 roku życia, lekarze coraz częściej wybierają długoterminowe wspomaganie serca. Chory ma wszczepioną pompę, która w pełni zastępuje funkcje lewej komory serca. Jej zasilanie znajduje się na zewnątrz – są to akumulatory umieszczone w przenośnej saszetce na pasku. Pacjent pozostaje mobilny, może swobodnie się przemieszczać i podróżować, także samolotem. „Badania pokazują, że dzięki nowoczesnym systemom takie osoby przez pierwsze dwa lata mają wyniki bardzo zbliżone do osób po przeszczepie” - zauważa prof. Kapelak.

Uratowany dwa razy

Czasem zdarza się, że kardiolodzy ratują komuś życie dwukrotnie. Tak było w przypadku Roberta Mielczarka z okolic Radomska. „Pierwsze serce dostałem 28 lat temu, 4 styczna 1993 roku, drugie 20 kwietnia 2021 roku. Dzięki wspaniałym lekarzom wszystko się dobrze układa i powoli wracam do zdrowia” - mówi Mielczarek, który czeka na wypis ze Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II. O tym, że będzie potrzebował kolejnego przeszczepu, dowiedział się dwa lata temu. „Moja prawa komora nie działała prawidłowo. Najlepiej widocznym objawem tej dolegliwości były obrzęki całego ciała. Na początku udało się sytuację uspokoić farmakologicznie, ale w końcu trafiłem do szpitala, gdzie podjęto decyzję, że nie mogę opuścić oddziału, dopóki nie znajdzie się nowy dawca” - wspomina Mielczarek.

Po pierwszym przeszczepie 22-letni wtedy Mielczarek szybko wrócił do zdrowia. „Dziś pewnie będzie to wyglądało inaczej, ale mam 50 lat” - uśmiecha się i dodaje, że fascynuje go postęp medycyny, jaki dokonał się w ciągu tych 28 lat. „Zmieniła się technologia, warunki szpitalne. Dzięki temu cała procedura paradoksalnie wydała mi się łatwiejsza” - mówi.

Skomplikowany proces

To, co pozostało bez zmian, to skomplikowanie całego procesu, który pozwala pacjentom takim jak Robert Mielczarek dostać nowe życie. Operacja przeszczepu serca zaczyna się na długo zanim kardiochirurg weźmie do ręki skalpel. Pierwszy krok to poinformowanie Poltransplantu o tym, że potrzebne jest serce.

Pozyskiwanie narządów to również delikatna operacja. „Polskie prawo stara się nam tu nieco ułatwić działanie. Jeżeli człowiek nie zgłosił sprzeciwu co do pobrania swoich narządów, to w wypadku nagłej śmierci mózgowej możemy je pobrać bez konieczności pytania rodziny. Obok tych przepisów mamy prawo moralnie i jeżeli rodzina nie wyraża zgody, to z automatu odstępujemy od pobrania. To ogólna zasada obowiązująca na całym świecie” - wyjaśnia prof. Kapelak.

Gdy pojawia się dawca, sprawy nabierają zawrotnego tempa. „Często na szybko, w środku nocy, musimy podejmować decyzję, czy dany narząd kwalifikujemy do przeszczepu. Proszę sobie wyobrazić, że musimy ocenić narząd, który znajduje się 600 km od nas. Mimo technologicznych ułatwień, jak przesyłanie obrazów, to nadal jest ogromne wyzwanie. Niestety, nie każdy narząd się nadaje” - tłumaczy docent Karol Wierzbicki, kardiochirurg i transplantolog w Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II w Krakowie.

Gdy uda dobrać się dawcę i biorcę, kolejnym wyzwaniem jest zorganizowanie transportu i operacji pobrania i przeszczepienia narządu w taki sposób, aby serce w ciągu maksymalnie 5 godzin zaczęło bić ponownie. „Czasem mamy do czynienia z kombinacjami, w które trudno uwierzyć: samolot wojskowy, helikopter, karetka, pilotaż policji itd. Transport narządów to skomplikowana akcja logistyczna, angażująca jednocześnie wiele podmiotów” - wyjaśnia doc. Wierzbicki. Szpital od ponad 30 lat współpracuje z 8. Bazą Lotnictwa Transportowego. „Dzięki ich zaangażowaniu możemy pozyskiwać narządy z odległych szpitali. W tym roku pomagali nam już dwukrotnie: jeden dawca był z Bydgoszczy, a drugi z okolic Szczecina” - dodaje prof. Kapelak.

Praca zespołu

Najprzyjemniejszym etapem, chyba dla każdego kardiochirurga, jest samo wszycie narządu” - mówi doc. Wierzbicki. Na wspólny sukces pracują zespoły, które składają się nie tylko z chirurgów, kardiochirurgów, kardiologów, ale także anestezjologów, pielęgniarek, perfuzjonistów.

Kolejny krok to opieka pooperacyjna, która de facto zaczyna się jeszcze na sali operacyjnej. „Nigdy nie jest tak, że serce od razu podejmuje wszystkie funkcje i chory w ciągu godziny zdrowieje. Ustabilizowanie serca to ogromne zmaganie. Tym bardziej, że jednocześnie należy podtrzymać funkcje nerek, wątroby” - wyjaśnia doc. Wierzbicki. Czasem trzeba zastosować ECMO, czyli technikę pozwalającą na pozaustrojowe utlenowanie krwi. Cały ten proces i zaangażowanie wielu ludzi wiąże się z ogromną dawką emocji.

Po operacji pacjent dostaje leki wspomagające pracę serca. „Nieustannie regulujemy ich dawkowanie, sprawdzamy echokardiografię, obserwujemy jak przeszczepiony narząd się kurczy. Potem przychodzi etap wybudzenia pacjenta, który, wyniszczony chorobą, nie zawsze ma siłę sam oddychać. Kolejno przychodzą badania immunologiczne i kilka biopsji serca „– wymienia doc. Wierzbicki i dodaje, że z jego obserwacji o sukcesie przeszczepu można nieśmiało zacząć mówić, jeżeli po pierwszej biopsji, w 10 dobie, nie ma odrzutu.

Powrót do normalności

Nad powrotem pacjenta do normalności czuwa cały sztab ludzi. Rozpoczyna się rehabilitacja, której często towarzyszy strach przed wysiłkiem. A ten, paradoksalnie, w tej sytuacji jest wręcz wskazany. „Jestem zafascynowany rolą rehabilitantów, którzy z roku na rok są coraz bardziej zaangażowani i aktywni, nieustannie się doszkalają. Jeszcze kilka lat temu nie były znane stosowane przez nich obecnie metody wspomagania oddechu. Doprowadzenie płuc do jak najlepszej formy po okresie intubacji to ogromna odpowiedzialność, wymagająca stałego zaangażowania w wykonywanie monotonnych czynności rehabilitacyjnych” - opowiada doc. Wierzbicki. Oddział kardiochirurgii współpracuje z psycholożką, która z kolei jest w nieustannym kontakcie z psychiatrą. „Nasi pacjenci mają często zaburzenia lękowe czy nerwicę i wymagają pomocy specjalisty. Czasem zły stan chorego może być wywołany epizodem depresji, którą trzeba zdiagnozować oraz wiedzieć jak i czym leczyć. Gołym okiem widzimy, jak istotna dla procesu zdrowienia jest opieka psychologiczna” - podkreśla doc. Wierzbicki.

Po wyjściu ze szpitala powodzenie operacji, w którą zaangażowanych było tak wiele osób, jest już głównie w rękach pacjenta. „Niestety, czasem dochodzi tu do pewnych nieporozumień” - wzdycha doc. Wierzbicki. Zdarzają się osoby, które nie zawsze chcą dbać o siebie po operacji, nie mają wiedzy na temat zdrowego stylu życia. „Mam tutaj na myśli nie tylko sam ruch i zdrową dietę, ale nałogi, nieprzyjmowanie lekarstw lub ich niewykupienie, opuszczanie wizyt kontrolnych czy chociażby podejmowanie pracy, która w danym momencie nie powinna być wykonywana. Nie tylko nas to martwi, wręcz złości, bo jeżeli cały system podjął tak duży wysiłek, by ocalić komuś życie, to jest to po prostu nieuczciwe ze strony beneficjenta takiej pomocy. Jest to także wysiłek finansowy” - mówi doc. Wierzbicki. Przykładowo pompa wspomagająca pracę serca to koszt rzędu 80 tys. euro i jest ona w 100 proc. refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Na początku wszystko wydaje się skomplikowane. Musimy zapamiętać mnóstwo rzeczy, zmienić swoje nawyki, ale z czasem wchodzi to po prostu w krew, staje się codziennością” - mówi czekający na wypisanie do domu po drugim przeszczepie serca Robert Mielczarek. „Jest mi o tyle łatwiej, że idę tą ścieżką po raz drugi. Oswojenie się z nowymi zasadami dla tzw. świeżego przeszczepu może być trudne, ale nie niemożliwe. Bezwzględnie trzeba brać lekarstwa. Kontrole są standardową procedurą, do której szybko można się przyzwyczaić. Osobiście nazywam to przeglądem” - śmieje się Mielczarek. „Przyjeżdżam do szpitala, kładę się na parę dni, lekarze sprawdzają, czy wszystko jest w porządku i wracam do domu. Te kilka dni jest potrzebnych, ponieważ obok badań nieinwazyjnych, które możemy zrobić szybko, są takie, które wymagają odpowiedniego przygotowania pacjenta” - wyjaśnia.

Robert Mielczarek mówi, że po okresie choroby, przeszczep przynosi nowe siły i chęć nadrobienia straconego czasu. „Oczywiście niektórych rzeczy nie będziemy w stanie nadrobić, ale większość z nich możemy przynajmniej próbować. Tak samo jest teraz w moim przypadku. Już chciałbym uciekać do domu, chciałbym być wolny, ale jestem cierpliwy i spokojnie planuję przyszłość. Na razie wszystko jest jeszcze w rękach lekarzy, bo to oni muszą wyprowadzić mnie prostą, żebym mógł sam bezpiecznie funkcjonować” - mówi Mielczarek i dodaje, że powrót do zdrowia wymaga poświęceń, ale nie jest to wysoka cena za szansę na nowe życie. „Obowiązuje nas stosowna dieta, której należy przestrzegać. Kiedyś byłem typowym mięsożercą, ale ostatnio częściej sięgam po warzywa i owoce. Teraz mam jedno marzenie, mianowicie żeby wypić dobrą herbatę z moją siostrą” - planuje Mielczarek.

Opieka nad pacjentem po przeszczepie nie kończy się wraz z jego wypisaniem. Właściwie nie kończy się nigdy. „Nasi koordynatorzy wykonują czasem kilkadziesiąt telefonów dziennie, co przekłada się na podejmowania przeróżnych, wymagających decyzji, ale to dla nas ogromna satysfakcja i sygnał, że wszystko działa. Nie chcę generalizować i twierdzić, że jakaś gałąź medycyny jest trudniejsza, bo każdy uważa, że to, co robi jest skomplikowane, ale śmiało mogę powiedzieć, że kardiochirurgia to wisienka na torcie” - uśmiecha się doc. Wierzbicki.

Przemysław Bolechowski

Artykuły powiązane

przeglądaj

inne artykuły tej kategorii

Nasi dziennikarze przez 24 godziny na dobę monitorują wydarzenia i informują o wszystkim, co istotne w polskim prawie oraz pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości

wróć na początek strony
TWEETUJ Z NAMItwitter
facebookODWIEDŹ PROFIL